Dlaczego chcę uczyć się od kogoś, kto popełnił błędy
Z pokorą chciałbym opowiedzieć o pewnym doświadczeniu związanym z IDF i nurkowaniem jaskiniowym.
Jestem instruktorem i Course Directorem. Szkolę aż do poziomu Advanced Trimix, CCR oraz nurkowania jaskiniowego. Nurkowanie zaprzątało mi głowę, odkąd byłem młody. Poza nim właściwie nic innego nie istnieje w moim życiu. Naprawdę — jeśli rozmowa nie dotyczy nurkowania, jestem potwornie nudny.
Gdyby ktoś miał mnie opisać: sarkazm w najczystszej postaci. Nie traktuję życia przesadnie poważnie. W nurkowaniu jest podobnie. Odrobina szaleństwa to w nurkowaniu jaskiniowym norma, a mój nick na Instagramie — „chicken of the duck” — zapewne w pełni oddaje powagę sytuacji. Tak, w trudnych sytuacjach rzucam głupimi żartami, ale jednocześnie mam pełną świadomość tego, co się dzieje. Nawet po katastrofie potrafię przykryć wszystko czarnym humorem. W ten sposób próbuję to przetrawić.
Jeśli zajmujesz się poważnym nurkowaniem, sytuacja może bardzo szybko wymknąć się spod kontroli. Odzyskanie tej kontroli bywa trudne, a czasem wręcz niemożliwe. I zdecydowanie nie jest to coś, o czym chcemy rozmawiać. Aż do chwili, gdy poznałem IDF.
W maju dołączyłem do Antona podczas pierwszego obozu IDF i już pierwszego dnia opowiedział o atakach paniki. To mnie zaskoczyło! Zwykle nie przyznajemy się do swoich słabości — szczególnie w świecie nurkowym. Opowiadamy o naszych szalonych osiągnięciach, świetnym sprzęcie, o tym, jak głęboko i jak długo potrafimy nurkować. Zdecydowanie jednak nie mówimy o tym, jak sami doświadczyliśmy ataku paniki.
Byłem… zaskoczony! Spośród wszystkich szalonych nurków, których znałem, nigdy wcześniej nie słyszałem takich historii: o tym, ile błędów popełnili, jak często im się nie udawało i o pomyłkach, które niemal kosztowały ich życie. I nie mam tu na myśli głupiej brawury ani opowieści w rodzaju: „Kiedyś zszedłem na 60 metrów z jedną butlą, na powietrzu”. Mam na myśli prawdziwe historie — opowiedziane szczerze i z pełnym wzięciem odpowiedzialności za własne błędy.
No dobra, ale co, do cholery? Dlaczego ktoś, kto popełnia błędy, miałby mnie uczyć? Właśnie dlatego.
Uważam się za doświadczonego, ale nie za bardzo doświadczonego. Wiem, że muszę zachować pokorę, nadal się uczyć i stale doskonalić — nawet po wielu latach. Jeśli przestaniesz, możesz wpaść w poważne kłopoty.
Dlatego człowiek, który przeszedł przez koszmarne sytuacje — najczęściej spowodowane prawem Murphy’ego lub błędem ludzkim — zdecydowanie może pomóc innym. Historie w rodzaju: „Zginął przez pęknięty pasek płetwy” brzmią niewiarygodnie i spotykają się z ostrą krytyką. Eksploratorzy jaskiń, którzy giną, są później obwiniani. Już nie żyją, a ludzie poświęcają energię na wytykanie im popełnionych błędów.
Jak niewiarygodnie głupi musiał być ten nurek, skoro zginął przez uszkodzony O-ring?! Co za idiota — zapomniał zostawić swojego markera „cookie”. Jak głupim trzeba być, żeby nie podążać za strzałką…
Wąż od mojego diluentu/bailoutu pękł i omal mnie nie zabił. Kiedy próbowałem opanować sytuację, oddaliłem się od poręczówki i od zespołu. Wtedy przebicie CO₂ uderzyło we mnie jak młot Thora.
W chwili czystego stresu sięgnąłem po bailout, żeby zaczerpnąć oddechu, nawet nie zdając sobie sprawy, że właśnie wybrałem tę butlę, którą chwilę wcześniej sam zakręciłem — tę z uszkodzonym wężem. Sięgnąłem więc po drugi bailout i nagle zostałem z samym ustnikiem w dłoni, ponieważ pękła mocująca go trytytka. Automat zaplątał się gdzieś i omal nie udało mi się go odnaleźć.
Cała sytuacja trwała może od ośmiu do dziesięciu sekund, ale byłem bliski poddania się, ponieważ nie potrafiłem już kontrolować własnego ciała. I tak — to właśnie ja uczę innych, jak radzić sobie w takich sytuacjach. Niezręczne…?
Co zatem zostałoby uznane za przyczynę śmierci? Nie zginąłem, ale byłem bardzo blisko. Pęknięty wąż? Przebicie CO₂? Problem z pochłaniaczem? Utrata kontaktu z poręczówką i naruszenie procedur zespołowych? To, że nie przygotowałem drugiego bailoutu, zanim zakręciłem ten uszkodzony? A może zwykła, głupia, pęknięta trytytka?
Szczera odpowiedź brzmi: wszystko prawdopodobnie zaczęło się już kilka tygodni wcześniej. I właśnie tym się zajmujemy — analizujemy.
Prawdziwa analiza nigdy nie kończy się na oczywistych rozwiązaniach w rodzaju: „używaj lepszych trytytek” albo „serwisuj swój sprzęt”.
Mój wąż nie miał nawet dwóch miesięcy. Trytytka była w idealnym stanie. Naprawdę interesujące pytanie brzmi: dlaczego zawiodło coś, co nie powinno było zawieść, i w jaki sposób jeden drobny problem uruchomił kolejne.
Wypadek to brutalny splot pozornie nieistotnych szczegółów. Zmieniasz więc swoje procedury tak, aby podobna sytuacja nie mogła się powtórzyć — nawet jeśli prawdopodobieństwo wynosi zaledwie 0,1%. To wciąż nie jest zero, a więc ma znaczenie.









