
Standaryzacja czy elastyczność ?
W szkoleniu nurkowym słowo „standard” budzi zwykle bardzo dobre skojarzenia. Standard oznacza porządek, bezpieczeństwo, przewidywalność i gwarancję, że certyfikat wydany w jednym miejscu powinien znaczyć mniej więcej to samo co certyfikat wydany kilka tysięcy kilometrów dalej.
Przynajmniej w teorii.
W praktyce standardy mają jednak naturalną skłonność do rozrastania się. Najpierw określają, czego kursant powinien się nauczyć. Później wyjaśniają, jak powinien się tego nauczyć. Następnie wskazują kolejność ćwiczeń, sposób ich demonstracji, miejsce ustawienia instruktora, czas trwania poszczególnych etapów i prawdopodobnie jeszcze rodzaj miny, jaką należy zrobić podczas omawiania sytuacji awaryjnej.
W pewnym momencie standard przestaje być zbiorem wymagań, a zaczyna przypominać scenariusz przedstawienia, w którym instruktor ma jedynie wiernie odegrać swoją rolę.
Na drugim końcu skali znajduje się elastyczność.
To słowo również brzmi atrakcyjnie. Kojarzy się z doświadczeniem, zdrowym rozsądkiem, dopasowaniem szkolenia do kursanta i możliwością reagowania na rzeczywiste warunki. Niestety bywa też używane jako eleganckie określenie braku wymagań, skracania kursów i twórczego interpretowania zasad zawsze w kierunku mniejszej ilości pracy.
Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi: elastyczność czy standaryzacja?
Znacznie ważniejsze jest to, co właściwie powinno zostać ustandaryzowane, a gdzie federacja powinna pozostawić miejsce na profesjonalny osąd instruktora. Bo dobre szkolenie potrzebuje jednego i drugiego, choć niekoniecznie w równych proporcjach i z pewnością nie w tych samych miejscach.
Standard powinien być bezkompromisowy w odniesieniu do rezultatu, ale elastyczny w odniesieniu do drogi prowadzącej do jego osiągnięcia.

Elastyczność w ramach standardu
Dobrą ilustracją tej różnicy są popularne sieci fast foodów, które potrafią zapewnić niemal identyczny produkt niezależnie od tego, czy wejdziemy do lokalu w Warszawie, Londynie, Tokio czy na lotnisku w kraju, którego nazwę zobaczyliśmy po raz pierwszy na tablicy odlotów. Kanapka wygląda znajomo, smakuje znajomo, ma podobną ilość sosu i prawdopodobnie dokładnie tyle samo plasterków ogórka, ponieważ każdy etap jej przygotowania został opisany, zmierzony, zważony i wpisany do procedury. Temperatura jest określona, czas smażenia również, liczba składników nie zależy od doświadczenia pracownika, a twórcza interpretacja przepisu raczej nie jest uznawana za zaletę.
To imponujący model organizacyjny, zwłaszcza jeżeli głównym celem jest uzyskanie pełnej powtarzalności i ograniczenie liczby decyzji podejmowanych przez osoby realizujące proces. Nie bez powodu takie systemy działają na ogromną skalę, ponieważ nie wymagają mistrza kuchni w każdym lokalu, lecz ludzi, którzy potrafią konsekwentnie wykonać określone czynności zgodnie z instrukcją.
Tyle że najlepszych kucharzy świata zazwyczaj nie szukamy w takich miejscach.
Najlepsi z nich pracują często w niewielkich restauracjach, w których menu zmienia się zależnie od pory roku, jakości produktów, dostępności składników i pomysłu osoby stojącej w kuchni. Nie oznacza to, że ignorują zasady bezpieczeństwa żywności, higienę, temperaturę przechowywania czy odpowiedzialność wobec gości. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj rozumieją je lepiej niż przeciętny operator procedury, ale wiedzą również, że przestrzeganie zasad nie wymaga standaryzacji każdego ruchu noża, każdej minuty gotowania i każdej decyzji dotyczącej sposobu podania.
Dobry kucharz zna granice, których nie wolno przekroczyć, wie, jaki rezultat chce osiągnąć, i potrafi dostosować technikę do konkretnego produktu. Właśnie ta zdolność odróżnia mistrza od osoby, która poprawnie realizuje instrukcję obsługi frytownicy.
Ze szkoleniem nurkowym jest bardzo podobnie, ponieważ możemy stworzyć system, w którym każdy kurs wygląda niemal identycznie, wszystkie ćwiczenia odbywają się w tej samej kolejności, a instruktor porusza się od punktu do punktu według dokładnie rozpisanego planu. Otrzymamy wtedy produkt bardzo powtarzalny, łatwy do kontrolowania i prosty do audytowania, ale nadal pozostaje pytanie, czy naszym celem jest standaryzacja przebiegu kursu, czy standaryzacja poziomu nurka po jego zakończeniu. To nie jest to samo.
Kursanci różnią się między sobą znacznie bardziej niż składniki dostarczane do sieciowej restauracji. Jeden ma świetną świadomość ciała i szybko rozumie pływalność, ponieważ wcześniej trenował sporty wymagające równowagi i koordynacji, podczas gdy drugi przez pierwsze nurkowania walczy ze sprzętem, oddechem i własnym napięciem. Jeden potrzebuje krótkiego wyjaśnienia i od razu rozumie sens procedury, drugi musi ją zobaczyć, spróbować, popełnić błąd, przeanalizować go i dopiero wtedy zrozumieć, dlaczego wykonuje się ją właśnie w ten sposób.
Bywa też, że kursant doskonale odtwarza ćwiczenia, lecz traci orientację, gdy sytuacja choć trochę odbiega od znanego scenariusza, podczas gdy ktoś mniej precyzyjny technicznie potrafi zachować spokój, ocenić problem i podjąć rozsądną decyzję. Próba szkolenia tych osób dokładnie tą samą metodą tylko dlatego, że realizują ten sam kurs, nie jest sprawiedliwością ani standaryzacją, lecz ignorowaniem rzeczywistych różnic.
Standaryzacja powinna więc oznaczać, że wszyscy kursanci muszą osiągnąć porównywalny poziom kompetencji, a nie że wszyscy mają przejść przez identyczny proces w identycznym tempie. Równość wymagań nie wymaga identyczności metod, podobnie jak dobra restauracja nie musi przygotowywać każdego dania w ten sam sposób, aby utrzymywać ten sam poziom jakości.

Problem polega na tym, że znacznie prościej sprawdzić, czy instruktor przeprowadził pięć określonych ćwiczeń, odbył wymaganą liczbę nurkowań i wpisał wszystkie dane do formularza, niż ocenić, czy kursant rzeczywiście rozumie ograniczenia swojej kwalifikacji, potrafi zarządzać gazem, utrzymuje kontrolę nad pływalnością, reaguje rozsądnie na zmianę sytuacji i zachowuje umiejętności również wtedy, gdy nie działa pod bezpośrednim nadzorem instruktora.
Z tego powodu niektóre systemy szkoleniowe zaczynają traktować instruktora przede wszystkim jako operatora programu. Jego zadaniem staje się poprawne odtworzenie procedury, a doświadczenie, umiejętność obserwacji czy zdolność dostosowania sposobu nauczania schodzą na dalszy plan, ponieważ najważniejsza jest zgodność z listą. W takim modelu osoba prowadząca sto kursów rocznie działa niewiele inaczej niż świeżo certyfikowany instruktor, skoro obaj mają po prostu wykonać te same kroki.
Oczywiście łatwo zrozumieć, skąd bierze się taka tendencja. Im więcej swobody ma instruktor, tym większe ryzyko, że część osób wykorzysta ją nie po to, aby szkolić lepiej, lecz szybciej i taniej. Historia branży nurkowej zna przecież wiele przypadków, w których „elastyczne podejście” oznaczało mniej nurkowań, krótsze zajęcia albo uznanie, że nie ma sensu powtarzać ćwiczenia „bo woda jest dziś wyjątkowo zimna”.
Dlatego elastyczność nie może oznaczać prawa do obniżania wymagań. Instruktor nie powinien samodzielnie decydować, czy kursant ma opanować daną kompetencję, lecz powinien mieć możliwość wyboru najlepszej drogi prowadzącej do jej opanowania. Federacja powinna jasno określić minimalną wiedzę, wymagane umiejętności, warunki szkolenia, limity głębokości, proporcje instruktorów do kursantów, niezbędne wyposażenie i kryteria certyfikacji, ale nie musi przy tym opisywać każdego ruchu, każdej demonstracji i każdego sposobu tłumaczenia.
Dobry standard mówi, co kursant musi umieć.
Zły standard próbuje precyzyjnie przewidzieć moment, w którym ma się tego nauczyć.
Szczególnie dobrze widać to w podejściu do minimalnej liczby nurkowań. Jeżeli standard mówi, że kurs obejmuje sześć nurkowań, część instruktorów zaczyna traktować tę liczbę jako naturalny moment zakończenia szkolenia, choć w rzeczywistości powinna ona oznaczać jedynie, że wcześniej kursu zakończyć nie wolno. Sześć nurkowań nie jest magiczną granicą, po przekroczeniu której kompetencja pojawia się automatycznie, podobnie jak odpowiednia liczba godzin spędzonych w kuchni nie czyni jeszcze nikogo dobrym kucharzem.
Jeden kursant osiągnie wymagany poziom w minimalnym czasie, drugi będzie potrzebował dodatkowych nurkowań, trzeci zmiany metody nauczania, a czwarty przerwy i powrotu do prostszych elementów. Elastyczność nie polega na tym, że można zrobić mniej, lecz na tym, że wolno zrobić inaczej i więcej tam, gdzie jest to potrzebne.
Ostatecznie federacja musi zdecydować, kim w jej systemie jest instruktor. Może być traktowany jako potencjalne źródło błędów, które należy ograniczyć możliwie szczegółowymi procedurami, albo jako profesjonalista, któremu powierzono odpowiedzialność za bezpieczeństwo, ocenę i rozwój kursanta. Pierwszy model jest administracyjnie wygodniejszy, ponieważ zawsze można sprawdzić zgodność z punktem, podpunktem i formularzem. Drugi wymaga lepszego doboru kadry, skutecznego nadzoru jakości i gotowości do oceny rzeczywistych rezultatów, a nie tylko dokumentacji – IDF stawia na to właśnie rozwiązanie.

Nie oznacza to ślepego zaufania.
Elastyczny system bez kontroli bardzo szybko może zamienić się w zbiór lokalnych zwyczajów, w których każdy szkoli inaczej i każdy uważa, że robi to dobrze, ponieważ stosuje tę metodę od dwudziestu lat i nikt jeszcze nie złożył oficjalnej skargi. Potrzebne są więc jasne granice, mechanizmy kontroli, konsekwencje za obniżanie poziomu i realna odpowiedzialność za wydawane certyfikaty.
Kontrola jakości nie powinna jednak sprowadzać się do sprawdzenia, czy kurs wyglądał dokładnie tak samo jak wszystkie pozostałe. Powinna przede wszystkim odpowiadać na pytanie, czy osoba, która otrzymała certyfikat, rzeczywiście reprezentuje poziom, który ten certyfikat obiecuje.
Najlepszy standard nie jest więc klatką, lecz ramą. Wyznacza granice, chroni kluczowe elementy, zapewnia spójność i nie pozwala omijać tego, co najważniejsze, ale jednocześnie pozostawia instruktorowi przestrzeń do wykorzystania doświadczenia, dostosowania kursu do konkretnego człowieka i reagowania na to, co faktycznie dzieje się podczas szkolenia.
Popularna sieć fast foodów może zapewnić, że produkt będzie wszędzie taki sam, niezależnie od tego, kto stoi za ladą.
Dobra federacja powinna zapewnić coś znacznie trudniejszego: że nawet jeżeli szkolenie nie wyglądało wszędzie identycznie, rezultat spełnia ten sam wysoki standard.
Nie wierzymy w całkowitą dowolność, ponieważ certyfikacja bez wspólnych wymagań szybko traci sens. Nie wierzymy jednak również w system, który próbuje opisać każdą decyzję instruktora i sprowadza jego rolę do wykonywania kolejnych kroków z listy.
Elastyczność bez standardu prowadzi do chaosu, ale standard bez elastyczności prowadzi do szkolenia formalnie poprawnego, łatwego do kontroli i bardzo powtarzalnego, które niekoniecznie tworzy dobrych nurków.
Najlepsi kucharze nadal pracują tam, gdzie ktoś pozwala im gotować.
Najlepsi instruktorzy również.
CEO IDF



