Tu są smoki

Pierwsze spotkanie z proteusami pod wodą było dla mnie jak uderzenie pioruna. Ale zacznijmy od początku. Jeździliśmy z Sebastianem po Bałkanach, jak to mamy w zwyczaju, od jaskini do jaskini, z bagażnikiem pełnym butli, z lekka już cuchnącymi ocieplaczami i głowami pełnymi pomysłów. Tego dnia niebo już ciemniało, zanosiło się na ulewę, a czas deptał nam po piętach. Jednym z tych pomysłów było zaś schronienie się w przytulnej knajpie w naszej noclegowni i pochłonięcie nieprzyzwoitej wręcz ilości jedzenia, więc postanowiliśmy, że nowe miejsce obejrzy na szybko tylko jedno z nas. Ręka w górę: ja.

Jeziorko w ponorze było, delikatnie mówiąc, szpetne, a noszenia sprzętu było dużo i stromo w dół po błocie. Mętna woda, na powierzchni kilka nieżywych owadów, nic, o czym opowiada się potem na zlocie nurkowym. Zgłosiłam się, to trzeba wchodzić, więc nurkuję. Kilka metrów niżej wrzasnęłam z zachwytu prosto w automat. Proteusy siedziały wszędzie. Na kamieniach i w szczelinach, duże i małe, pulchniutkie i chude, a kilka odpływało niespiesznie w ciemność, jakby miało tam coś pilnego do załatwienia. Zgasiłam główną latarkę, przełączyłam się na dużo słabsze światło zapasowe i jeszcze przysłoniłam je dłonią, żeby nie płoszyć gospodarzy. Po czterdziestu pięciu minutach wychynęłam na powierzchnię, zdarłam z twarzy maskę razem z automatem i ryknęłam: „Tu są smoki!!!”

Stare podania mówią, że ludzie brali proteusy za smocze potomstwo, wypłukiwane z podziemi przez wezbrane wody. Rozumiem ich doskonale — te stworzenia wyglądają naprawdę niesamowicie.

Nie opowiadam Wam jednak o smokach. Opowiadam, bo tamto zanurzenie wywróciło mi do góry nogami to, jak myślałam o jaskiniach. Miejsce, obok którego przeszłabym tysiąc razy, ot, kałuża ze zdechłymi muchami, okazało się gwarnym miastem stworzeń, które mieszkają w ciemności dłużej niż po Ziemi chodzi nasz gatunek. Nikt mnie na to nie przygotował. Dowiedziałam się przypadkiem. To był mój grom z jasnego nieba.

I tu zaczyna się druga połowa tej opowieści, ta, o której na powierzchni milczy się. Jestem Course Directorem i Instructor Trainerem. W IDF od początku odpowiadam za to, jak nurkowie, zarówno rekreacyjni, jak i jaskiniowi, uczą się o środowisku, w którym nurkują. Piszę podręczniki i układam programy kursów, które z ludzi czynią nurków jaskiniowych. Wiem więc dokładnie, ile może zmienić jeden podręcznik, jeden kurs, jeden instruktor. I wiem, ile wciąż jest do zrobienia. Bo jeśli nurek z pełnymi uprawnieniami jaskiniowymi przepływa przez żywy ekosystem, nie mając pojęcia, że on żyje, to znaczy, że ktoś go źle wyszkolił.

Dlatego ten tekst kończy się obietnicą. Obietnica ma cztery słowa.

Nie na mojej zmianie.

Co żyje tam, gdzie nie sięga światło

Zacznijmy od zagadki, od której powinien zaczynać się każdy kurs jaskiniowy. Nie ma słońca, więc nie ma fotosyntezy. Nie ma fotosyntezy, więc nie ma bazy łańcucha pokarmowego, a tym samym ten łańcuch nie ma prawa istnieć. A jednak ciemność aż kipi od życia: salamandry, skorupiaki, gąbki, ryby i całe niewidzialne imperia drobnoustrojów. Skąd biorą energię?

Najczęściej ją pożyczają. Opadłe liście, węgiel z gleby i rozpuszczona materia organiczna sączą się w dół przez spękane skały krasowe, a bakterie, archeony i grzyby, pierwsi biesiadnicy przy podziemnym stole, przerabiają je na pokarm dla reszty (Pacioglu i in., 2023). Energii spływa tak mało, że to, co trafia na samo dno, wyznacza pułap dla wszystkiego, co żyje wyżej. Ekolodzy mówią tu o silnej kontroli oddolnej. Ja mówię prościej: jaskinia to gospodarstwo na skrajnie chudym budżecie, w którym czarną robotę odwalają stworzenia, których nigdy nie zobaczymy.

Bywa, że rachunek za życie płaci sama skała. Jaskinia Movile w Rumunii jest odcięta od świata na powierzchni od około 5,5 miliona lat. Jej życie napędzają siarkowodór, metan i amoniak, czyli chemia, która nas by zabiła. Wszystko, co żyje na Ziemi, łącznie z nami, jest zbudowane z węgla. Na powierzchni energii do jego wiązania dostarcza słońce. W Movile drobnoustroje chemolitotroficzne utleniają siarkowodór jak paliwo i z tej energii składają węgiel organiczny z dwutlenku węgla rozpuszczonego w wodzie, a na tym fundamencie wyrasta cała sieć pokarmowa z bezkręgowcami, których nie spotkamy nigdzie indziej na Ziemi (Reboul i in., 2019). Inne paliwo, te same prawa: drapieżnictwo, rywalizacja, wieczny niedostatek. Chemia, która dosłownie staje się ekologią. Drobnoustroje żyjące z chemii siarki pojawiają się w fantastyce naukowej, choćby w trylogii „Ryfterzy” Petera Wattsa, gdzie z głębinowych kominów hydrotermalnych wypełza pradawny mikrob grożący zagładą życia na powierzchni. Ale Watts, z wykształcenia biolog morski, niczego tu nie wymyślił: natchnienie podsunęła mu sama przyroda, w której takie światy istnieją naprawdę. Tyle że w prawdziwym świecie role są odwrócone: to nie podziemie zagraża nam, tylko my podziemiu.

A przecież dopiero zaczynamy przyglądać się nieznanym podziemnym wodom. W Europie opisano ponad 5 tysięcy gatunków podziemnych. Kiedy w ramach projektu PASCALIS przebadano siedem dobrze znanych stanowisk, około 40% zwierząt ściśle związanych z wodami podziemnymi okazało się nieznanych nauce.

Przeczytajcie to jeszcze raz, najlepiej na głos. Czterdzieści procent. W miejscach, które już wcześniej badano (Culver i in., 2019).

Pas między 42. a 46. równoleżnikiem północnym, biegnący prosto przez Kras Dynarski i Pireneje, jest jednym z największych skarbców ukrytej różnorodności na całym kontynencie.

Weźmy choćby jeden rodzaj: drobnego obunoga, studniczka (Niphargus). Badania genetyczne wykazały 245 odrębnych linii rozwojowych na samych Bałkanach Zachodnich i 512 w szerszym zbiorze danych, a wszystkie kryją się w ciałach wyglądających niemal identycznie (Borko i in., 2022). Kiedy następnym razem wzruszycie ramionami na widok „małej krewetki” w snopie latarki, pamiętajcie: możecie patrzeć na okruch jednego z największych w Europie ukrytych rozkwitów gatunkowych. A ludzkie oko nie odróżni jednego gatunku od pięciu innych. Wzrok w świecie podziemnych wód bywa bardzo zawodnym narzędziem.

A potem jest proteus, po polsku odmieniec jaskiniowy lub olm. Oczy zanikłe, skóra bez barwnika, zmysły wyostrzone do granic, ciało larwy noszone przez całe życie i przemiana materii tak oszczędna, że zwierzę potrafi przetrwać całe lata od posiłku do posiłku (Soares i Niemiller, 2020). To nie zbiór dziwactw, tylko zespół cech, do którego niespokrewnione zwierzęta w niespokrewnionych jaskiniach dochodzą każde na własną rękę. Nawet tożsamość proteusa wciąż się wykuwa: rewizja systematyczna z 2026 roku dzieli dawny „jeden gatunek” na dziewięć i podnosi czarnego odmieńca ze Słowenii do rangi pełnoprawnego gatunku, Proteus parkelj (Dufresnes i in., 2026). To, co nazywaliśmy jednym zwierzęciem, okazuje się rodem, którego gałęzie od dawna żyją osobno, każda zamknięta we własnym dorzeczu.

Kto chce zobaczyć, jak wygląda prawdziwa troska o te zwierzęta, niech pojedzie do Kranja w Słowenii. Pod miastem, w naturalnej jaskini wyżłobionej przez potok, od 1960 roku działa Laboratorium Jaskiniowe Tular, założone przez speleobiologa Marka Aljančiča. Dziś kieruje nim Gregor Aljančič i robi to, czego świat potrzebuje najbardziej, a co rzadko trafia na pierwsze strony gazet: cierpliwie, latami obserwuje proteusy tak, żeby ich nie stresować. To jedno z zaledwie dwóch miejsc na świecie, gdzie od dawna udaje się rozmnażać odmieńce poza ich naturalnym środowiskiem. Od 2002 roku żyje tu kolonia rzadkich czarnych proteusów. A od 2008 roku laboratorium uratowało ponad dwadzieścia zwierząt, które powodzie wyrzuciły z podziemi, i oddało je z powrotem do ich naturalnych siedlisk. Jeśli szukacie bohaterów tej historii, to jednego znajdziecie właśnie w laboratorium Tular, a jest nim Gregor.

Na koniec przypomnijmy sobie, czym właściwie jest jaskinia. Jaskinia nie jest ekosystemem. Jest dziurką od klucza, przez którą zaglądamy do ekosystemu. Korytarze, którymi pływamy, to jedyny dostępny dla nas skrawek warstwy wodonośnej, ciągnącej się przez glebę, szczeliny i pory zbyt ciasne dla jakiegokolwiek nurka. A jaskinie, do których umiemy wpłynąć, nie są nawet rzetelną próbką fauny wód podziemnych w ich pobliżu (Galmarini i in., 2025).

Oto więc, przez co płyniemy, licząc gaz: przez ekosystem, który ledwo wiąże koniec z końcem, prastary w swojej ewolucji, w większości nieopisany i niewidoczny gołym okiem. Nurek, który o tym nie wie, nie jest złym człowiekiem. Po prostu nauczono go widzieć jedynie tunel tam, gdzie stoi miasto.

Pod ziemią wcale nie znaczy bezpiecznie

„Pod ziemią” brzmi jak „w bezpiecznym schowku”. Nad głową skała, wokół ciemność, nie ma na co patrzeć. Właśnie przez to złudzenie wody podziemne tak rzadko pojawiają się w rozmowach o ochronie przyrody. A to złudzenie jest groźne. Zanieczyszczenia, namuł, nadmierny pobór wody, zaburzone krążenie wód, zmiana klimatu i gatunki inwazyjne docierają pod ziemię, a żadne z nich nie zatrzymuje się grzecznie na powierzchni (Mammola i in., 2022).

I nie chodzi tylko o zwierzęta. Według często przytaczanych szacunków od 20 do 25% ludzkości czerpie wodę w dużej mierze lub wyłącznie z warstw krasowych (Chen i in., 2017, za Fordem i Williamsem, 2007). Dom proteusa to czyjaś woda w kranie.

Jak to wygląda w praktyce? W Słowenii fabryka kondensatorów przez ponad dwadzieścia lat zrzucała odpady do krasu w pobliżu rzeki Krupy. Badacze znaleźli potem w ciałach proteusów polichlorowane bifenyle (PCB) w stężeniach co najmniej 28 razy wyższych niż w czystym środowisku (Pezdirc i in., 2011). Zwierzęta nigdy tej fabryki nie widziały. Przyniosła im ją woda. A jaskinia? Wyglądała dokładnie tak samo pięknie jak wcześniej.

To nie jest wzniosła przenośnia o „środowisku”. To czysta fizjologia. Bakterie na skórze proteusa okazują się przesianym wyborem spośród drobnoustrojów zamieszkujących otaczającą go wodę (Kostanjšek i in., 2019). Zwierzę w ciemności nie jest odcięte od swojego siedliska. Jest z niego częściowo ulepione. Proteusa nie ocalisz, pilnując skały wokół niego. Ocalisz go, pilnując wody.

Albo Tren Maya. To sztandarowa inwestycja meksykańskiego rządu: linia kolejowa, która pętlą okrąża półwysep Jukatan i wozi turystów między Cancún, Tulum a ruinami miast Majów. Tory ciągną się na długości 1554 kilometrów, w tym 120 kilometrów nad systemem Sac Actun–Dos Ojos, jednym z najdłuższych znanych podwodnych labiryntów jaskiniowych na świecie. Według szacunków przytaczanych w prasie w wapień wbito od 15 do 17 tysięcy betonowych filarów, niektóre na głębokość około 25 metrów, prosto przez cienki strop warstwy wodonośnej (Dive Magazine). Kto bada, co to zrobi z wodą i z życiem w niej? Stanowczo za mało ludzi. A pod wodą prawie nikt.

Teraz przykład jeszcze bardziej niewygodny. W Grotta Marina di Bergeggi we Włoszech naukowcy porównali wyniki obserwacji z lat 1986–2013. Życie w jaskini zubożało i ujednoliciło się: złożone, przestrzenne organizmy ustąpiły, a ich miejsce zajęły darniowe glony i osady. Najszybciej zmiany postępowały w latach 2009–2013, akurat wtedy, gdy w okolicy sztucznie zasilano plaże piaskiem i rozbudowywano port (Montefalcone i in., 2018). Autorzy piszą wprost, że takie jaskinie trzeba pilnie i stale obserwować. Dodam od siebie wniosek najbardziej gorzki: bez punktu odniesienia zdegradowana jaskinia po prostu staje się nową normą. A każdy nurek, który przypłynie później, będzie się nią zachwycał.

A prawo? Obszar chroniony na mapie to płaski wielokąt. Ekosystem podziemny jest trójwymiarowy, spleciony siecią przepływów i w dużej części nieznany (Mammola i in., 2024), a europejskie planowanie ochrony przyrody wciąż ma pod ziemią rozległe białe plamy (Mammola i in., 2026). Powiedzmy to sobie jasno: gatunek, którego nikt nie opisał, nie nazwał, nie zbadał i nie zrobił mu przy tym odpowiednio dobrego PR-u, nie ma obrońców. A w jaskiniach żyją właśnie takie. Żółwie, delfiny i rekiny bronią się same, bo łatwo je pokochać. Proteus jest świetny, ale nie oszukujmy się, urocza koala to to nie jest.

Co robimy jaskini i co możemy zrobić dla jaskini

Zacznijmy od niewygodnych tematów. My, nurkowie jaskiniowi, lubimy uważać się za najlepiej wyszkolonych. Elitę. Poruszamy się, nie wzbudzając osadów. Zachowujemy doskonałą pływalność. Tyle że motywacją do tych wszystkich zachowań jest troska o własną skórę, bo o środowisku, które nas w jaskini otacza, myślimy rzadziej i mniej niż nurkowie rekreacyjni na swoich pięknych rafach.

Najlepszy przykład? Osad. Każdy nurek jaskiniowy ma o mule wyrobione zdanie i niemal zawsze dotyczy ono tego, czy coś jeszcze widać, a w zanadrzu mamy zawsze kilka brzydkich słów na opisanie kiepskiej wizury. Tymczasem w jaskiniach morskich osad jest siłą biologiczną. Kiedy go przybywa, organizmy żywiące się przez filtrowanie wody wyraźnie słabną, a z czasem przeobraża się całe zbiorowisko (Nepote i in., 2017).

Spójrzmy na to trzeźwo: nikt nie wykazał, że jedno machnięcie płetwą ma mierzalne skutki ekologiczne i nie będę udawać, że jest inaczej. Badania pokazują mechanizm. Powtarzające się, długotrwałe zamulanie szkodzi zwierzętom, które filtrują wodę. A „powtarzające się” to dokładnie to, co dzieje się w jaskini, do której nurkowie zjeżdżają co weekend.

Tak samo jest ze wszystkim, co traktujemy jako tło do naszych nawigacyjnych potrzeb. Prąd to nie tylko coś, pod co układamy plan nurkowania. Prąd niesie tlen, cząstki pokarmu i larwy i rozstrzyga, kto gdzie może żyć (Gerovasileiou i Bianchi, 2021). Haloklina to nie tylko roztańczone, rozmyte drżenie obrazu przed maską. Na jej granicy zmienia się wszystko naraz: zasolenie, tlen, mieszanie wód i świat drobnoustrojów. W czterech jaskiniach anchialinowych na wyspach Adriatyku badacze znaleźli odmienne zbiorowiska mikroorganizmów w wodzie słodkiej, w haloklinie i w wodzie morskiej, a także wysoki stopień miejscowego endemizmu (Kajan i in., 2022). A my przepływamy przez to wszystko dla przyjemności.

Przejdźmy teraz do tego, co możemy zrobić dla jaskini. Wiecie już, przez co pływacie. Pytanie, co z tym zrobicie.

Każdy nurek jaskiniowy już dziś zapisuje: przestrzeń (głębokość, odległość, położenie), czas (datę, porę roku, długość nurkowania) oraz warunki (temperaturę, widoczność, prąd, czasem zasolenie). To w gruncie rzeczy te same informacje, których potrzebują naukowcy. W jaskini Bel Torrente na Sardynii nurkowie z geograficzną dokładnością nanieśli na mapę 430-metrowy korytarz, a ta mapa pozwoliła badaczom rozmieścić pomiary temperatury, zasolenia, odczynu wody, osadu i otwornic dennych dokładnie wzdłuż poręczówki (Romano i in., 2018). Zwykła lina stała się w nauce układem współrzędnych.

Z Florydy płynie jeszcze mocniejszy przykład. Nurkowie z Woodville Karst Plain Project (WKPP) od połowy lat osiemdziesiątych eksplorują zalane korytarze pod równiną krasową na południe od Tallahassee. Nanieśli na mapę ponad 40 kilometrów podwodnych przejść, w tym system Leon Sinks, najdłuższą znaną podwodną jaskinię w Stanach Zjednoczonych, oraz pokazali, skąd płynie woda zasilająca słynne źródło Wakulla. Ich mapy, obserwacje i testy przepływu z użyciem barwników stały się podstawą decyzji władz. Stan Floryda wykupił za miliony dolarów ziemię nad jaskiniami, wokół Leon Sinks powstał chroniony pas zieleni, a wokół źródła Wakulla strefa ochronna, w której pod ochronę trafiło już ponad dwa tysiące hektarów (Florida DEP). Tallahassee wydało co najmniej 220 milionów dolarów na modernizację oczyszczalni ścieków, aby ograniczyć spływ azotanów do źródła. Kto na tym skorzystał? Między innymi manaty, które zimą chronią się w ciepłej, czystej wodzie źródła Wakulla. Tak wygląda eksploracja, która nie kończy się na rekordzie: lina poprowadzona w ciemności pod ziemią stała się granicą obszaru chronionego na powierzchni.

Różnicę między dziennikiem nurkowym a danymi ekologicznymi robi jedno słowo: standaryzacja. „Jest tu sporo gąbek” to spostrzeżenie. „Osiadłe organizmy filtrujące pokrywały 42% wyznaczonego pola pomiarowego” to pomiar. Żeby zacząć, nie trzeba znać nazw gatunków. Wystarczy forma wzrostu (naskorupiająca, rozgałęziona, zwarta, wzniesiona), której można się nauczyć w jedno popołudnie i w której ocenie różni obserwatorzy są ze sobą zgodni (Premate i Fišer, 2024). Aparat fotograficzny użyty jak ramka badawcza daje zdjęcia porównywalne z roku na rok. A z samych zdjęć da się złożyć trójwymiarowy model jaskini, z którego ekolodzy wydobyli dane dotyczące 22 taksonów organizmów osiadłych (Pulido Mantas i in., 2023).

Nurek nie zastąpi naukowca. Nurek wydłuża mu ręce: w przestrzeni, a przede wszystkim w czasie. Bo jedno nurkowanie mówi niemal nic, ale ujednolicona seria wielu nurkowań rozciągniętych w czasie mówi niemal wszystko (Mammola i in., 2022).

Nurkowie rekreacyjni dostali Reef Check w 1996 roku i od dziesięcioleci zasilają naukę danymi. Nurkowie jaskiniowi mają dostęp do trudniejszych miejsc, zdecydowanie bardziej zaawansowane umiejętności i nic, co choćby w przybliżeniu działałoby na podobną skalę. To nie jest problem samych nurków jaskiniowych. To decyzja podejmowana raz po raz przez wszystkich, którzy decydują o tym, jak szkoli się nurków jaskiniowych. Mamy wszystkie narzędzia, żeby chronić jaskinie tak, jak nurkowie rekreacyjni chronią rafy. Brakuje nam tylko świadomości. Tylko tyle i aż tyle.

System, który nie uczy tego, co trzeba

Ponad dziesięć lat temu, na targach nurkowych, z dumą opowiadałam pewnej kobiecie nurkującej w jaskiniach, że podręcznik IDF Cave Diver ma rozdział o środowisku i o speleogenezie, czyli o tym, jak rodzą się jaskinie. Z dumą, bo w końcu napisałam go sama. I wiecie co? Spojrzała na mnie, szczerze zdziwiona, i rzuciła: „A po co? Przecież to niepotrzebne”.

Przez dziesięć lat się we mnie gotowało. Potem zrozumiałam, że to nie ona jest problemem. Ona była wynikiem znacznie większego problemu.

Teraz zdradzę Wam coś z perspektywy osoby, która pisze te materiały. System szkolenia uczy dwutorowo. Jest program spisany i jest program ukryty: to, co się egzaminuje, co się powtarza do znudzenia, co się poprawia na bieżąco w wodzie i to, co zbywa się kilkoma zdaniami w podręczniku. Kursant przyswaja ukryty program o wiele szybciej niż spisany. Jeśli nurek jaskiniowy może przejść cały kurs i ani razu nie usłyszeć pytania: „Co żyje w wodzie wokół niego?”, to ten kurs go czegoś nauczył. Nauczył go, że to bez znaczenia.

Nasz program jest, co zrozumiałe, zbudowany wokół przeżycia w środowisku ekstremalnie dla człowieka nieprzyjaznym. Gaz, światło, liny, nawigacja, sytuacje awaryjne. Słusznie. Wszyscy chcemy wyjść z jaskini żywi. Ale gdzieś po drodze jaskinia przestała być środowiskiem, a stała się tłem i dekoracją, a osad zamienił się w „widoczność”. Uczymy pływalności jako umiejętności ratującej życie, a potem dziwimy się, że nikt nie widzi w niej umiejętności ratującej przyrodę.

Dalej są ludzie, którzy prowadzą kursy. Instruktor może uczyć tylko tego, czego sam się nauczył. Jeśli system, który dał mu uprawnienia, pokazywał jaskinię jako scenografię, to właśnie to przekaże dalej, w dobrej wierze i z najlepszymi intencjami. Czy z mojej perspektywy jest to niedouczony instruktor? Jest, ale to nie jest wina samych instruktorów. To produkt, a produkty, moi drodzy, powstają w fabrykach, a każda fabryka ma swoich projektantów.

Jestem jedną z osób, które projektują tę fabrykę. W IDF od początku zadbałam o to, żeby środowisko znalazło się nie tylko w szkoleniach rekreacyjnych, gdzie dziś jest już powszechne, ale także w kursach jaskiniowych. W tej branży było to przełomowe i wciąż należy do rzadkości. I wiecie co? Rozdział w podręczniku to za mało. Napisałam ten rozdział o środowisku (i wszystkie inne, które przeczytacie w podręcznikach IDF) i cieszę się, że istnieje, ale wiem też, jak niewiele znaczy na tle reszty kursu. Kursant, który spotyka przyrodę w jednym rozdziale, podczas gdy reszta kursu traktuje ją jak coś bez znaczenia, nie uczy się jej chronić. Uczy się, że ochrona przyrody to formułka, którą recytuje się, zanim zacznie się prawdziwe szkolenie.

Porównajcie to z rekreacyjną stroną nurkowania. Tam nikt nie pyta, czy nurek powinien coś wiedzieć o rafie. Są specjalizacje, programy, całe społeczności. Nikt nie musi się tłumaczyć z tego, że broni koralowców, bo to dość powszechna i naturalna postawa. My mamy górę badań, kruche i prastare siedlisko, ludzi z niezwykłym do niego dostępem oraz program, w którym wszystko, o ile w ogóle się pojawia, jest nadobowiązkowe.

Nie uważam, że trzeba robić z nurków jaskiniowych biologów. Uważam, że trzeba przestać traktować jaskinię jak wrogi korytarz do przepłynięcia i zacząć traktować ją tak, jak na to zasługuje: jak żywe siedlisko, w którym jesteśmy gośćmi, i to uprzywilejowanymi jak mało kto na tej planecie.

To błąd projektowy. A projektantką jestem ja.

I gdzie ja w tym wszystkim teraz jestem? 

W pojedynkę nie zreformuję całego świata nurkowania jaskiniowego. Tyle że nie działam już w pojedynkę. IDF dało mi zaufanie, wolną rękę i skalę, a to nie są miłe dodatki do życiorysu. To siła. Przez lata byłam instruktorką, która mogła zmieniać świat co najwyżej na własnych kursach: kilku kursantów, kilka jaskiń, jeden sezon. Dziś to ja projektuję system. Materiały, które piszę, trafiają do każdego instruktora IDF, a na kursy, które tworzę, przyjdą kolejne roczniki nurków. To, co dziś wpiszę do programu, jutro stanie się standardem. Nie proszę nikogo o zmianę. Nie czekam, aż branża dojrzeje. Mam siłę, żeby tę zmianę wprowadzić, i zamierzam z niej korzystać w pełni. Jak?

  1. Jaskinia przestała być dekoracją. W każdym kursie jaskiniowym, do którego tworzę materiały, przyroda nie jest już tylko osobnym rozdziałem, który kursanci muszą przetrwać w drodze do „prawdziwego” szkolenia. Jest nicią przeplecioną przez cały kurs, na miarę możliwości danego nurka: co tu żyje, skąd czerpie energię, co robi z tym nasza obecność i dlaczego woda liczy się bardziej niż skała.
  2. Co ważne, to się sprawdza. Wiedza o środowisku jest oceniana tak samo jak planowanie gazu czy nawigacja: nie jako pytanie-ciekawostka na deser (dla chętnych, których często brakuje), ale jako coś, bez czego nurek nie uzyska uprawnień. Jeśli kursant może skończyć kurs, nie wiedząc, co żyje w wodzie, to kurs nie spełnił swojego zadania. A za ten kurs odpowiadam ja, więc dopilnuję, żeby je spełniał.
  3. Zaczynam od tych, którzy uczą. Niedouczony instruktor to błąd konstrukcyjny, więc naprawiam go dokładnie tam, gdzie powstaje — u źródła. Kandydaci na instruktorów dostają wiedzę, argumenty i umiejętności, by nieść to dalej, bo nurek uczy się szacunku dla przyrody od człowieka, którego sam szanuje, a nie z akapitu w podręczniku.
  4. Nurkowie jaskiniowi dostaną własną ścieżkę poznawania przyrody. Tworzę programy, dzięki którym nurkowie jaskiniowi mogą rozwijać się w dziedzinie, która z niezrozumiałych powodów od lat pozostawała domeną rekreacji: obserwacji i rozumienia ekosystemów. Na ścieżce jaskiniowej pojawią się kursy, których celem jest poznawanie podziemnego życia, obserwacja, pomiary i realne wsparcie dla naukowców, takie, jakie nurkom rekreacyjnym od lat daje Reef Check. Jaskiniowego odpowiednika nie ma, więc zbudujemy go od podstaw. To potrwa. Ale zmienimy zasady gry.
  5. Zostańcie ze mną. Patrzcie mi na ręce. Rozliczajcie mnie z efektów, nie z deklaracji. A najlepiej dołączcie i razem napiszmy te reguły od nowa. Branża i tak się zmieni. Pytanie, czy z Wami, czy bez Was.

Wszystko to oznacza papierkową robotę, dydaktykę i mnóstwo kłótni z kolegami po fachu (a możecie mi wierzyć, że mam w tym doświadczenie!). Ale jestem przekonana, że to jedyny sposób na skuteczną ochronę podziemnej przyrody: przez każdy kurs przechodzi kolejne pokolenie nurków, a każdy z nich może nurkować przez dziesiątki lat.

Nie interesuje mnie, kto zawinił w przeszłości. Interesuje mnie, kto dziś bierze odpowiedzialność za kolejne pokolenia nurków jaskiniowych.

Ja właśnie podniosłam rękę.

Nie na mojej zmianie

Kobieta z mojej anegdoty zasługiwała na lepszy kurs.

Ale to przede wszystkim jaskinie zasługują na lepszych nurków. Z wszystkich środowisk wybraliśmy to najbardziej nieprzyjazne. To środowisko nie znajdzie lepszych rzeczników i ambasadorów niż my, nurkowie jaskiniowi.

Gdzieś na Bałkanach jest ponor, który wygląda jak kałuża pełna zdechłych much. Pod jego powierzchnią tłoczą się stworzenia, które nie potrzebują światła i potrafią czekać latami na solidny posiłek. Chcę, żeby każdy nurek jaskiniowy, który kiedykolwiek stanie na brzegu takiej dziury, wiedział, kto czeka tam na dole.

Jeśli nie wie, to nie jego wina, tylko tych, którzy go szkolili. Ja mam narzędzia, wpływ i nazwisko pod podręcznikami, żeby to zmienić. Więc zmieniam.

Nie na mojej zmianie.

 

Autor: Daria Dobrowolska